Luis – pies terapeutyczny

A teraz zrób zdjęcie jak tak leżę!

Depresja to choroba, która zabiera: siły, chęci i radość do życia. Wysysa powoli. To stan kiedy wszystko wokół zaczyna przybierać blade, a czasem nawet szare barwy.

Nie… to nie będzie opowieść o chorobie Luisa. To opowieść jak ten pies stał się moim terapeutą i pomocą w mojej chorobie. 

Choruję od początku roku. Oficjalnie, bo podejrzewam, że trwa ona dłużej. Zaczęło się niepozornie. Od zwykłego zmęczenia. Myślałem sobie wtedy: „Eee, pewnie to przez natłok obowiązków, teraz jeszcze dużo powodów do stresu, a i problemów nie jest mało, natłoku zadań do wykonania i jeszcze ten uciekający przez palce czas. Przejdzie!”. Ale kiedy dołożył się do tego brak chęci do zrobienia czegokolwiek i zaniedbywanie obowiązków oraz to, że potrafiłem przez kilka dnia nie wychodzić z domu, chociażby na zakupy – zacząłem się trochę martwić. Jedyną motywacją był Luis i obowiązek codziennych spacerów. Poczucie odpowiedzialności za tę żywą istotę wziął górę. Luis okazał mi wtedy bardzo dużo zrozumienia i wsparcia. Znosił cierpliwie nasze powolne spacery i przysiadanie prawie na każdej ławce. W domu leżał obok mnie i nie narzucał swojej obecności, po prostu czasem się przytulał, a czasem szedł spać przy łóżku. I choć wcześniej miewałem podobne stany i zazwyczaj przechodziły po kilku dniach, tym razem było inaczej. Stan znużenia, bezsilności, beznadziei trwał i trwał. 

Nie było to łatwe, żeby przyznać się przed żoną, że sobie nie radzę, że potrzebuję pomocy, że jeśli czegoś nie zrobię może być jeszcze gorzej. Odważyłem się. NIE BYŁO ŁATWO! Oj nie było. Męska duma. Samowystarczalność. Cholera… Jak się okazało, ona wszystko sama zauważyła, starała się w tym wszystkim po cichu być i wspierać jak tylko umiała. Czekała cierpliwie, kiedy sam przed sobą przyznam się do tego, że nie jest dobrze i potrzebuję pomocy. Przyznałem się. Kolejne kroki były już łatwiejsze. Wizyta u lekarza. Diagnoza. Depresja! 

To, że byłem zmęczony miało znaczenie. To, że wszystkim wydawało się, że schudłem (i tak było) – miało znaczenie. To, że nie miałem siły wstać rano i ogarnąć się – miało znaczenie. To, że nie miałem ochoty jeść i nie jadłem oraz, że ukrywałem to przed żoną – miało znaczenie. To, że borykałem się z bólem głowy – miało znaczenie. To, że miałem problem z koncentracją i zapamiętaniem tego, co do mnie mówili ludzie – miało znaczenie. To, że gubiłem myśli, albo trwałem przy jednej przez cały dzień – miało znaczenie. To, że życie wydawało mi się bez radości – miało znaczenie. To, że wydawało mi się nic się już nie zmieni – miało znaczenie. To, że przestały mnie cieszyć spacery z psem, wieczorne przytulanie mojej żony, wspólnie spędzany czas, oglądanie filmów – miało znaczenie. Wszystko to, co wydawało się PO RPOSTU INNE – miało ogromne znaczenie. 

Jeszcze przed wizytą u specjalisty moja żona powiedziała mi jakie będą opcje leczenia (jest psychologiem). Zdecydowaliśmy się na farmakoterapię. Dawkę leków zwiększaliśmy powoli. Dziś od 3 miesięcy, kiedy doszliśmy do dawki docelowej, czuję, że świat nabiera piękniejszych barw. Wszystko dzięki jednej małej decyzji – PROŚBA O POMOC. Potem było już prościej, bo jak się okazuję – wcale to nie jest pusty slogan – podzielenie się problemem, naprawdę go dzieli. Od tamtej chwili było mi lżej. Lżej, bo miałem i nadal mam wsparcie.

W tym wszystkim był i nadal jest obecny również Luis. Codziennie dzielnie towarzyszy mi w chorobie. Jest śmieszny, uroczy, zabawny, czasem natarczywy jeśli chodzi o głaski, czasem tak po prostu przyjdzie, położy się obok i podbija mordką moją dłoń, bym go głaskał, a czasem przyniesie szarpak, który mu zrobiłem z moich starych krawatów, żebym się z nim poprzeciągał. Po prostu jest. Podczas choroby udało nam się wspólnie przejść przez Kurs Trenerski, uzyskać certyfikat i zacząć kolejną wspólną przygodę w pieskowym świecie. Jak będzie dalej? Nie wiem. Wiem jednak, że ten Czubek stał się moim Psim Terapeutą. On czuł, że coś jest nie tak. On wiedział, że jest źle. On czuję kiedy coś mnie lub Agatę boli. Przychodzi kładzie mordkę i patrzy jakby chciał powiedzieć: „Człowiek, wiem, że jest źle. Chcesz mnie pomiziać?” I wiecie co? To pomaga!
Do wszystkich, którzy cierpią w samotności – proszę niech to będzie ostatni dzień!
Samemu nie warto. Serio!